piątek, 10 lutego 2012

Wagary


            Pierwszy dzień szkoły. Mama obudziła mnie rano, zjadłam śniadanie i wyszłam do szkoły. Była piękna pogoda. Niebo bezchmurne, słońce dopiero wstawało, ale już zapowiadał się słoneczny dzień. Szłam powoli, napawając się tym widokiem. Moje nogi niosły mnie w zupełnie innym kierunku niż do szkoły. Wszystkie sklepy i kawiarenki były o tej porze jeszcze zamknięte, więc poszłam do parku. Siadłam na pierwszej wolnej ławce. Wokół było pełno ludzi w moim wieku. Siedzieli na ławkach, plotkowali, śmiali się, czytali lub tak jak ja po prostu siedzieli. Robiło się coraz cieplej. Położyłam się i zamknęłam oczy. Nie wiem, jak długo tak leżałam, ale gdy ponownie otworzyłam oczy słońce było już w zenicie. Postanowiłam, że pójdę do mojej ulubionej herbaciarni –  Aromatico. Po drodze minęłam parę osób z mojej klasy. Rzucali mi pytające spojrzenia, a kiedy minęli, szeptali do swoich towarzyszy.
Ja, wzorowa uczennica, zawsze pomocna, teraz na wagarach. To było kompletnie do mnie niepodobne. Ale cóż. Człowiek się zmienia. Każdy potrzebuje od czasy, do czasu jakiejś odskoczni od rzeczywistości.
Stanęłam przed drzwiami kawiarenki. Był to malutki, różowy budynek z wielkim szyldem nad drzwiami. Weszłam do środka. W pomieszczeniu było duszo, od razu można było wyczuć zapach herbaty. Siadłam przy ostatnim stoliku, obok okna.
Już po chwili stanęłam przy mnie pani Basia – właścicielka herbaciarni.
- Co dla ciebie kotku? – Uśmiechnęła się do mnie poczciwie.
- Poproszę zieloną herbatę i karpatkę. – Kobieta zanotowała to na małej, białej kartce, po raz kolejny uśmiechnęła się do mnie i odeszła. Odprowadziłam ją wzrokiem. Siedziałam przez chwilę w milczeniu, tępo wpatrując się w jedną dziewczynę. Miała kruczoczarne włosy, które opadały jej na ramiona. Niebieskie, wesoły oczy, mały noc oraz nieduże usta. Miałam dziwne wrażenie, że skąd się znałam, ale nie mogłam sobie przypomnieć skąd. Moją uwagę przykuły jej ręce. Po wewnętrznej stronie było pełno blizn, głównie na przegubach oraz w zgięciu łokcia.
- Pewnie się tnie. –Przeszło mi przez myśl. – Ciekawe dlaczego ludzie to robią. Dla mnie jest to dziwne, zamiast pójść do psychologa to się ranią. No, ale nie siedzę w umyślę takiego człowieka, więc nie wiem jak to jest. Z zamyślenia wyrwał mnie głos pani Basi:
- Proszę kotku, to twoje zamówienia. – Właścicielka postawiła przede mną białą filiżankę w różowe wzory oraz talerzyk z ciastkiem. – Razem będzie dziesięć złotych.
Poszperałam chwilę w kieszeniach jeansów i wyjęłam zmięty banknot. Wypiłam herbatę, zjadłam i wyszłam. Postanowiłam, że pójdę już do domu. Przede mną szła nieznajoma mi dziewczyna z jakimś chłopakiem. Szeptali coś do siebie, mimo ogólnego hałasu jaki panował na ulicy, usłyszałam strzępki rozmowy.
-… nie mam już na nią pieniędzy. – Dziewczyna energicznie gestykulowała rękoma.
- To może obrabuj aptekę, tam na pewno mają tego mnóstwo. – Zimny dreszcz przeszedł przez moje ciało. Podeszłam jeszcze bliżej.
- Zwariowałeś?! Muszę jakoś sama ją zdobyć. – Ich rozmowa coraz bardziej mnie intrygowała.
- Magda, jak chcesz, ale ja ci mówię, że ten napad to najlepsza sprawa. – Magda? Coś mi zaczęło świtać.
           - Weź się zamknij. Żałuję, że ci powiedziałam. – Chłopak tylko wzruszył ramionami. Skręcili w boczną uliczkę, a ja poszłam dalej, zastanawiając się skąd znam tę dziewczynę

niedziela, 5 lutego 2012

Kłótnia

- Skarbie, już jesteś? Co tak szybko? – Mama wyjrzała z kuchni uśmiechając się promiennie. Ręce wyciera w kraciastą szmatkę.
- Tak wyszło. Drętwo było i nie chciałam tam siedzieć. – Nie miałam zamiaru mówić mamie prawdy. Właściwie, to co miałabym jej powiedzieć? „ Przyszłam, bo Emilia zaprosiła mnie do siebie tylko po to, żeby się ze mnie ponabijać.” Po co miałabym ją dodatkowo denerwować? Musiało to nie zabrzmieć dość przekonywająco, bo mama uniosła tylko sceptycznie brwi, ale gestem ręki odesłała mnie do pokoju.
- Alicja, chodź do mnie, natychmiast!
- Już idę tato… - Powłuczając nogami skierowałam się do pokoju rodziców. Było to największe pomieszczenie w domu, ale swoimi nie większe niż spiżarni w domu Emilii. Podłoga wyłożona była żółtym lenteksem, ścianę pokrywała biała farba. Obok okna stał stary telewizor, a naprzeciwko niego znajdowało się łóżko. W samym kącie mieściła się szafa.
- Piłaś? – Spodziewałam się takiego pytania. Miałam tylko nadzieję, że tata nie będzie mi kazał tego udowadniać. 
- Oczywiście, że nie. – Wbiłam wzrok w  podłogę. Czułam spojrzenie ojca na sobie.
- Podejdź tutaj. – Posłusznie zrobiłam to co kazała. Stanęłam obok łóżka. – Pochyl się tutaj nade mną i chuchnij. – Wiedziałam, że to koniec. Tata dowie się, że piłam i nigdzie już nie wyjdę. Po co ja to zrobiłam? Po ostatniej imprezie obiecałam sobie, że więcej się nie napiję… Moje słowo nie było niczego warte. Rzucone na wiatr, nikło w tysiącu innym wypowiedzianych w ten sam sposób. – Piłaś – powiedział do bardziej do siebie, niż do mnie. – Kłamałaś mi w tutaj w żywe oczy. Ty… ty pijaczko! Ja ci z matką pozwalam chodzić na jakieś imprezki, a ty tylko chlasz?! Jak mogłaś? Zawiodłaś mnie i to bardzo!
- Tato, ale to był tylko jeden kieliszek, naprawdę.
- Jeden?! Pół wódki wypiłaś, a nie jeden kieliszek, smarkulo! – Poczułam mocne uderzenie w policzek. Ojciec jeszcze nigdy nie posunął się do uderzenia mnie w twarzy. Owszem, jak byłam mała to zdarzało się, że dał mi klapsa, ale nigdy nie uderzył po twarzy.
- Jak mogłeś?!
- Jak ja mogłem? Jak ty mogłaś się napić! Dobrze wiesz, że tego nie pochwalam! Od małego ci powtarzam, że butelka to pierwszy krok do zamieszkania na ulicy.
- Może chcę mieszkać na ulicy! Ona i tak nie różniłaby się bardziej od tej rudery!
- Jak śmiesz po tym wszystkim nam to wypominać?! Jakby nie to mieszkanie, nie wiem, co by się z nami stało. Pod mostem byśmy spali.
- Nie umiesz nawet zapracować na mnie i na mamę… - Nie zdążyłam dokończyć, gdy ojciec po raz kolejny wymierzył cios w moją stronę. Ten był tak silny, że zwalił mnie z nóg. Upadłam na podłogę, zahaczając włosami o kant łóżka. Poczułam ból z tyłu głowy, kiedy dotknęłam tego miejsca, aż syknęłam z bólu. Na palcach miałam krew. Ojciec wpatrywał się we mnie. Jego twarz nie wyrażała żadnego uczucia. Jeszcze nigdy nie widziałam go w takim stanie.
- Idź do swojego pokoju. – Jego głos brzmiał obco, jakby to nie był on. Nadal siedziałam na podłodze wpatrując się w niego z pogardą. – Nie słyszałeś co powiedziałem? – cedził każde słowo.
- Słyszałam. – Podźwignęłam się na nogi i wyszłam. Przy drzwiach zobaczyłam mamę. Obrzuciłam ją nienawistnym spojrzeniem i weszłam do swojego pokoju. Nie przyszła mi pomóc, wesprzeć mnie, tylko stała tam i podsłuchiwała! Z hukiem zatrząsnęłam drzwi i siadłam na łóżku. Cała się w sobie gotowałam, nie mogłam uwierzyć w to, co się przed chwilą stało. Zrzuciłam wazon, który stał na biurku. Rozbił się, ale żadnego ukojenia mi to nie przyniosło. Miałam chęć zdemolować cały swój pokój zaczynając od tego pieprzonego komputera. Jakbym nie poszła na tą imprezę nic, by się nie wydarzyło. Nie miałabym rozciętej głowy, rodzicie nie straciliby do mnie zaufania. Dlaczego ja tego nie przewidziałam? Przecież to jasne, że Emilia zaprosiła mnie do siebie, tylko po to żeby zrobić sobie ze mnie żarty. Nie sądziłam, że ona jest, aż tak podła. Znałam ją już trzy lata, ale tak jeszcze nigdy nie zachowała się w ten sposób wobec mnie. I jeszcze Dominik. Nie został w pokoju, tylko poszedł z resztą. Zostawił mnie. 


środa, 1 lutego 2012

Kartka


Ostatni miesiąc wakacji powoli dobiegał końca. Przede mną trzeci rok nauki w gimnazjum. Siedziałam przed małym, starym komputerem w swoim pokoju. W całym pomieszczeniu panował bałagan. Z szafy wystawały ubrania, jedna szuflada leżała na podłodze wraz z pościelą. Przez otwarte okno do pokoju wpadały ciepłe promienie słońca. Wiatr delikatnie owiewał moją twarz, przynosząc ukojenie. Przez uchylone drzwi  do środka wszedł Tofik, mrucząc cicho.
- Hej, przyjdziesz jutro do mnie na imprezę? –  Na ekranie monitora wyskoczyła mi wiadomość od Emilii. Nie zastanawiałam się długo nad odpowiedzią.
- Hej, no jasne, a na którą mam przyjść?
- Na dwudziestą. Wiesz gdzie mieszkam?
- Tak, okk, to do zobaczenia.
- Pa.
***
- Wychodzę, będę nad ranem. – Zamknęłam za sobą drzwi i skierowałam się na zachód. Widziałam coraz to okazalsze domy.  Skręciłam jeszcze raz w prawo i znalazłam się przed domem Emilii. Trawnik starannie skoszony, ogród zadbany. W oknach białe firanki, a w garażu najnowszy model BMW. Energicznym krokiem ruszyłam  do drzwi i nacisnęłam dzwonek.
- Fajnie, że już jesteś – dziewczyna uśmiechnęła się do mnie, po czym chwyciła mnie za rękę i wprowadziła do środka. W pokoju było już dużo osób. – Napijesz się czegoś? – Jeszcze nie zapomniałam ostatniej przygody z alkoholem. Czułam się jakbym miała w sobie dwie osoba. Jedna mnie namawiała, a druga prosiła, żebym tego nie robiła. – Tak, chętnie.
- Może być szampan?
- Tak, jasne. –Wzięłam od niej lampkę i wypiłam odrobinę.
- Kto gra? – Na stoliku stał Dominik z pustą butelką po coca-coli.
- Chodź, będzie fajnie! – Emilka pociągnęła mnie w stronę Dominika i Damiana. – Na co gramy? – W głosie dziewczyny wyczuć było podekscytowanie. Jednym haustem wypiłam całą zawartość swojej lampki i  sięgnęłam po kieliszek z wódką.
- Jak to na co? Na całowanie oczywiście! – Coś się we mnie przekręciło, ale zignorowałam to.   Emilia, Damian i Dominik wypili po kieliszku wódki. Od razu zrobiłam to i ja. – Na kogo korek wypadnie ten całuje się ze mną pierwszy. – Dominik chwycił butelkę i energicznie nią zakręcił. Modliłam się, żeby korek nie wskazał mnie. Wypiłam jeszcze jeden kieliszek.
- Alicja, całujesz Dominika. – Damian wpatrywał się we mnie swoimi jasnymi oczami. Wypiłam jeszcze trochę alkoholu. Serce waliło mi jak oszalałe, a ręce drżały.
- Jesteś twarda, dasz radę – szepnęłam sam do siebie. Przybliżyłam się do chłopaka i delikatnie cmoknęłam go w usta. Przez pokój przetoczyły się gwizdy i oklaski. – Po alkoholu wszystko jest łatwiejsze - pomyślałam. Zabawa trwała w najlepsze, ale po godzinie większości osób już się znudziło.
- To może teraz coś ostrzejszego? Siedem minut w niebie? – Usłyszałam nieznajomy głos. Stał za mną chłopak, mniej więcej w moim wieku. Wszyscy jednogłośnie się zgodzili.
- Za tymi drzwiami jest mała spiżarnia, tam będzie można się zamykać. – Emilia wskazała na małe drzwi po prawej.
- Alicja, pójdziesz pierwsza? – Dominik stał za mną i wpatrywał się we mnie swoimi ciemnymi oczami.
Nie wiedziałam co powiedzieć. Po raz kolejny tego wieczoru, poczułam jakby były we mnie dwie osoby. Jedna już dawno zamknęłaby się w tej spiżarni, ale ta druga mówiła, żebym tego nie robiła. I co ja teraz pocznę? Nie chcę, by przykleili mi plakietkę puszczalskiej, ale z drugiej strony to tak kusi. Perspektywa nowych wyzwań, przygód. Ale jak ja mam się zachować, co robić? W głowie miałam chaos.
– Idziesz, czy nie? – W głosie Dominika nie było już tego ciepła co wcześniej, teraz dało się wyczuć zniecierpliwienie.
- Dobrze – powiedziałam słabym głosem. – A kto wejdzie ze mną?
- Ty idź, zaraz ci kogoś przyślemy. – Emilia popchnęła mnie w stronę drzwi. Otworzyłam je i weszłam do środka, pijąc jeszcze jeden kieliszek wódki. Delikatnie nacisnęłam klamkę, weszłam do środka i siadłam na małym taboreciku. W pomieszczeniu znajdowało się pełno dżemów, marmolad i kompotów. Wszystkie butelki i słoiki miały nalepki z obrazkiem owocu z jakiego są.  Po prawej stronie znajdowało się małe okrągłe okno. Niebo usiane było gwiazdami, a księżyc znajdował się w pełni. Jego delikatny blask rozświetlał pomieszczenie. Zza drzwi dochodziły mnie strzępki rozmów i szepty, ale i te z czasem ucichły. Siedziałam coraz dłużej w głuchej ciszy. Zaczęło mnie to niepokoić. Uchyliłam drzwi, ale w pokoju, jak i na korytarzu nikogo nie było. Zdenerwowałam się. Emilia zaprosiła mnie tutaj, żeby się ze mnie po raz kolejny ponabijać? Nie, to nie może być prawda. Pewnie to tylko głupi żart… Weszłam do pokoju, gdzie parę minut temu było mnóstwo osób, a teraz, ani jeden duszy, tylko na stoliku leżała kartka, której wcześniej nie było. Wzięłam ją do rąk. „ Naprawdę myślałaś, że ktoś do ciebie pójdzie?! Haha, głupia i naiwna, jak zawsze.” Odczytałam tekst parę razy, ale nic się nie stało w tym czasie. Wszyscy zniknęli, pozostawiając mnie samą.
***
Wielkie, jak groch łzy spływały po mojej twarzy. Biegłam ile sił w nogach. Chciałam znaleźć się już w domu, w swoim łóżku. Obudzić się i pomyśleć, że to tyło zły sen. Brakowało mi tchu, moje nogi odmawiały posłuszeństwa, ale uporczywie chciałam biec dalej.  Przez łzy widziałam, jak przez mgłę. Wbiegłam na pasy, nie rozglądając się, czy ktoś jedzie. Z otępienia wyrwał mnie klakson nadjeżdżającego samochodu. Odskoczyłam do tyłu, zanosząc się jeszcze większym szlochem.
-Życie ci nie miłe, gówniaro?! – Usłyszałam głos kierowcy.
- Przepraszam – powiedziałam przez łzy i przebiegłam na drugą stronę ulicy. Starałam się uspokoić, ale nie umiałam. Serce w mojej piersi tłukło się, jak oszalałe.